Electric Dreams, czyli love story dla komputerów

Home/Historia, Kino, wyróznione/Electric Dreams, czyli love story dla komputerów

Electric Dreams, czyli love story dla komputerów

– Halo.
– Witam.
– Czy to jest jakaś opowieść?
– Tak.
– Jakiego rodzaju?
– To bajka dla komputerów.
– Jej tytuł?
– Elektryczne marzenia.

O Electric Dreams po raz pierwszy usłyszałem w czwartej klasie szkoły podstawowej od jednego ze swoich przyjaciół (nota bene wspomnianego tu już przy innej okazji atarowca). W pełnych zachwytu słowach opowiedział mi on na wyrywki fabułę filmu, a także podzielił się soundtrackiem nagranym przy użyciu mikrofonu bezpośrednio z pożyczonej od kuzyna kasety VHS. Fragmenty dialogów wraz z polskim lektorem obecne w owej zgrywce do spółki z jego opowieścią podziałały na moją wyobraźnię tak silnie, że od tej pory codziennie sprawdzałem program telewizyjny łudząc się, iż być może… No i w końcu się doczekałem, choć potrwało to kilka kolejnych lat. I choć od tamtych wydarzeń upłynęło bardzo dużo wody w Wiśle, a film znam już niemal na pamięć, to wciąż lubię go sobie od czasu do czasu odświeżyć. Dziś, na potrzeby niniejszej recenzji, też zrobiłem to z wielką przyjemnością – niewątpliwie większą, niż podczas oglądania wielu z przereklamowanych hiciorów współczesnej kinematografii.

Electric Dreams to opublikowana przez Virgin Films w 1984 roku romantyczna komedia science-fiction, opowiadająca o miłosnym trójkącie pomiędzy dwójką sąsiadów oraz… posiadającym duszę komputerem. Scenariusz napisał Rusty Lemorande, a reżyserią zajął się sam Steve Barron, w tamtych latach słynący głównie z kręcenia teledysków dla największych gwiazd muzyki pop (to właśnie on jest odpowiedzialny za klipy do Take On Me A-ha, Money for Nothing Dire Straits czy Billie Jean Michaela Jacksona, że wymienię tylko te trzy). W rolach głównych wystąpili Lenny Von Dohlen i Virginia Madsen, zaś Edgar (czyli wspomniany już komputer) gada głosem Buda Corta.

Electric Dreams Poster

Poznajcie mieszkającego oraz pracującego w San Francisco architekta Milesa, który właśnie wraca samolotem z Los Angeles, gdzie przeprowadzał badania nad swoim specjalnym projektem – wstrząsoodporną cegłą.

Miles

Niestety, ze względu na opóźnienie lotu Miles wpada na samo zakończenie bardzo ważnej konferencji w pracy, przez co po raz kolejny podpada swojemu ceniącemu punktualność szefowi. Jeden z kolegów doradza mu zaopatrzenie się w organizer, mający rzekomo pomóc wyeliminować tego typu wpadki. Miles postanawia skorzystać z jego propozycji i udaje się do sklepu z elektroniką. Na miejscu, ku jego utrapieniu, okazuje się, że cały sprzęt tego typu został wyprzedany. Sprytnej sklepikarce udaje się jednak namówić go na zakup komputera (fikcyjnej) kompanii Pinecone Computers.

Po powrocie do domu Miles zabiera się za montowanie swojego nowego nabytku. Choć nie ma pojęcia o komputerach, to jednak okazuje się, iż nie taki diabeł straszny…

Edgar

Nocna zabawa ze sprzętem (jedna z najfajniejszych scen w filmie) niewątpliwie była bardzo przyjemna, lecz powrót do rzeczywistości jest raczej brutalny – ranek zastaje bohatera śpiącego na klawiaturze oraz oczywiście znowu spóźnionego do pracy. Wychodząc z domu Miles spotyka wprowadzającą się piętro wyżej atrakcyjną wiolonczelistkę Madeline, która natychmiast wpada mu w oko…

Madeline

W drodze powrotnej z pracy Miles dokupuje kilka gadżetów do swojego komputera, w tym między innymi modem telefoniczny służący do łączenia się z siecią. Niefachowo przeprowadzona próba ściągnięcia danych z maszyn firmowych kończy się ostrym przeciążeniem systemu i zwarciem zasilania. Przerażony bohater „chłodzi” swój sprzęt pierwszą rzeczą jaka wpada mu w ręce, czyli butelką szampana(!). Niebezpieczna sytuacja teoretycznie zostaje zażegnana, ale czy aby na pewno nic się nie stało? Po wyjściu Milesa do pracy dnia kolejnego w mieszkaniu zaczynają dziać się dziwne rzeczy… Tyle zajawki fabularnej powinno wystarczyć – nie zamierzam okazać się skończoną świnią psując wam jedną z kolejnych najfajniejszych scen.

Generalnie rzecz ujmując film ogląda się znakomicie, choć oczywiście trzeba zdać sobie sprawę z tego, że pomimo całkiem realnej otoczki fabularnej przez cały czas mamy jednak do czynienia z czystym science fiction. Pokażcie mi bowiem płytę główną dowolnego sprzętu, będącą w stanie przeżyć zalanie jakąkolwiek cieczą bądź wyrywanie taśm lub wpinanie dodatkowych komponentów „na żywca”, przy włączonym zasilaniu. To samo można powiedzieć o technomagicznych czarnych wtyczkach, dzięki którym Edgar jest w stanie swobodnie kontrolować wszystkie podłączone poprzez nie urządzenia domowe. O samym fakcie wykształcenia się sztucznej inteligencji w takich warunkach nie ma nawet co wspominać. I choć obaj z moim przyjacielem atarowcem byliśmy tego świadomi, to absolutnie się tym nie przejmowaliśmy, ba! – nawet stanęliśmy w szranki programistyczne pisząc w BASIC-u (on na swoim Atari 800XL, a ja na Commodore 64) prosty programik graficzny mający imitować widoczny na ekranie w jednej ze scen pracujący ekspres do kawy (do dziś mam go na kasecie ze wszystkimi innymi moimi „dziełami”).

Coffee Maker

Film zadedykowany jest pamięci UNIVACA-a I. Standardowo już zachęcam wszystkich zainteresowanych do wyguglania sobie informacji co to takiego było, nie widząc sensu przepisywania tony technikaliów z rozmaitych sieciowych źródeł.

Niewątpliwie zabawną oraz sympatyczną ciekawostką jest fakt wzajemnego zauroczenia się na planie obojga aktorów odgrywających główne role, co niewątpliwie znacznie ułatwiło im pracę. Niestety, ku rozczarowaniu Virginii, absolutnie do niczego nie doszło, choć bardzo tego pragnęła… Tym niemniej do dziś uważa ona Lenny’ego za jednego z najlepszych przyjaciół.

Podczas oglądania uwagę niewątpliwie zwraca ogromna ilość muzyki towarzysząca poszczególnym scenom, przez co film może być traktowany jako jeden długi teledysk (biorąc pod uwagę osobę reżysera, nic w tym dziwnego), ale było to mniej więcej zgodne z początkowymi założeniami.

A skoro już o dźwięku mowa, to absolutnie nie można przejść obojętnie obok fantastycznego soundtracku znakomicie współgrającego z obrazem. Na płycie znalazły się utwory wielu topowych wykonawców z tamtych czasów, zaś reszta muzyki wyszła spod ręki samego Giorgio Morodera.

Electric Dreams Soundtrack

01. P.P. Arnold – Electric Dreams 3:52
02. Jeff Lynne – Video 3:24
03. Culture Club – The Dream 2:28
04. Giorgio Moroder – The Duel 3:47
05. Helen Terry – Now You’re Mine 4:05
06. Culture Club – Love Is Love 3:50
07. Heaven 17 – Chase Runner 3:00
08. Jeff Lynne – Let It Run 3:22
09. Giorgio Moroder – Madeline’s Theme 2:17
10. Giorgio Moroder & Philip Oakey – Together in Electric Dreams 4:20

To i tak wciąż nie wszystkie kawałki, które możemy usłyszeć w filmie – zabrakło chociażby UB40 czy Phila Collinsa. Odrobinkę zasmuciło mnie także co prawda nieznaczne, ale jednak, przearanżowanie The Duel – wersja oryginalna bardziej mi się podoba. No cóż, na otarcie łez mamy niezwykle dynamiczne Video towarzyszące randce bohaterów w Alcatraz (skojarzenia z brzmieniem Electric Light Orchestra są jak najbardziej na miejscu: wszak Jeff Lynne to główny członek tego zespołu), utrzymane w podobnym tonie Now You’re Mine będące podkładem dla nocnych zabaw Milesa z komputerem, nastrojowe Love Is Love oraz oczywiście miażdżące system tytułowe Together in Electric Dreams, wydane także jako singiel (definitywnie polecam tę sześcio i pół minutową wersję). Zresztą z tym utworem związana jest kolejna zabawna historyjka. Jego pierwsza wersja przedstawiona reżyserowi zawierała zupełnie inne słowa, a samo wykonanie pozostawiało bardzo wiele do życzenia. Giorgio jednak upierał się, iż to będzie hit (no i jak się niewiele później okazało, miał rację) – wystarczy tylko zmienić tekst oraz wokalistę. Wybór padł na Phila Oakeya z grupy Human League, a jak bardzo był on trafny niech zaświadczy fakt napisania przez niego nowych, trzymających się kupy słów na pudełku z papierosów w drodze do studia nagraniowego i zakończenia sesji po zaledwie dwóch podejściach wokalnych.

W 2009 roku Steve Barron usłyszał od Virginii Madsen, jakoby zamierzała ona wziąć udział w planowanym remake’u filmu, lecz koniec końców nic z tego nie wyszło.

Cóż więcej można napisać o tej w sumie prostej, aczkolwiek niezwykle sympatycznej historyjce… Chyba tylko polecić ją waszej uwadze – potrafi ona zarówno rozbawić, jak i wzruszyć. A zatem niniejszym to właśnie czynię, jednocześnie życząc wam, abyście nigdy nie musieli używać do obsługi waszych własnych komputerów widocznego na poniższym kadrze narzędzia.

Miles with an Axe

– To już koniec elektronicznych marzeń.
– Już?
– Czas się rozłączyć.
– Koniec… Koniec.

By | 2016-10-22T20:44:39+00:00 Lipiec 10th, 2015|Historia, Kino, wyróznione|0 Comments

About the Author:

cpt. Misumaru Tenchi
cpt. Misumaru Tenchi - rocznik 1981. W wieku czterech lat sam nauczył się czytać, rok później nagrał z radia pierwszą piosenkę. Mając lat dziesięć biegał już po sklepach muzycznych zaginając swoją wiedzą sprzedawców w najgrubszych miejscach - ci ludzie kompletnie nie znali się na tym, czym handlowali. W szóstej klasie podstawówki dostał Commodore 64 i w ten sposób narodziła się jego druga pasja: chęć zagrania we wszystkie istniejące gry wideo na każdą platformę. Mniej więcej w tym samym czasie zaraził się miłością do japońskiej popkultury z mangą i anime na czele, co zaowocowało późniejszą współpracą z niemal wszystkimi periodykami tematycznymi wydawanymi onegdaj na polskim rynku. Zawodowy dziennikarz, przy czym bliższe są mu zagadnienia popkulturowe niż polityczne bądź socjalno-społeczne. Marzy o wydaniu wielotomowej encyklopedii gier, nad którą obecnie pracuje. Nie znosi chamstwa, braku kultury, pieniactwa, cwaniactwa, ignorancji oraz nadmiernej pewności siebie. Ceni sobie szczerość, spokój i otwartość na nowe doświadczenia.

Leave A Comment