Pociąg do giełdy „Bajtka”.

Home/Mikrokomputery, Wspomnienia, wyróznione/Pociąg do giełdy „Bajtka”.

Pociąg do giełdy „Bajtka”.

Ile zapłaciłbyś za możliwość podróży w przeszłość? Kilkugodzinnej, w miejsce i czas dla Ciebie szczególnie bliskie. By jeszcze raz usłyszeć ten radosny i czysty gwar rozmów, pomieszany z cudownym dźwiękiem SID-ów, POKEY-i, Yamah czy „Spectrumowych” pisków podczas ładowania softu. Poczuć ten specyficzny zapach rozgrzanych monitorów i smażących się zasilaczy od C64. Jeszcze raz znaleźć się, pośród ludzi których szanowałeś, na komputerowej Giełdzie z lat 80/90…. A co, jeśli powiem Ci że już niedługo będziesz miał taką możliwość? W listopadzie zorganizujemy inscenizację warszawskiej Giełdy „Bajtka” na Grzybowskiej! Dla nas wszystkich.


Jak mieszkaniec Trójmiasta wspomina „Grzybowską”? Jak zamorską, bogatą krainę, którą po raz pierwszy zobaczył w wieku lat 13. Niczym Jazon (z mitologicznego patrolu).
Byłem wtedy stałym bywalcem trójmiejskich giełd komputerowych ( przeczytajcie ten artykuł dla wprowadzenia ).
Moim gdyńscy znajomi, Tom& Bazook jeździli na „Grzybowską” co tydzień, na zakupy. Nabywali dyskietki, joysticki , pudełka i soft (Tom na ST-ka a Bazook Kommodorka i Speccyego)– które to później sprzedawali na Giełdach.

Kiedy zaproponowali mi pracę w charakterze pomocnika poczułem się cholernie z nobilitowany, to była moja pierwsza praca! Ponieważ rodzice zdążyli poznać już wcześniej Bazooka i Toma, zgodzili się na moje wyjazdy.
Byłem wniebowzięty! Przynajmniej do chwili, kiedy po raz pierwszy posmakowałem pobudki o godzinie czwartej (z wąsem) rano, tak aby zdążyć na odjeżdżający o piątej minut trzydzieści pociąg relacji Gdynia  Warszawa. O swojsko dla nas zresztą brzmiącej nazwie „Kaszub”.
Wsiadałem na stacji Sopot, chłopaki w Gdyni więc czekali już na mnie w wcześniej ustalonym (drugim) wagonie.

Cały przedział należał zawsze do nas. Dbała o to zaprzyjaźniona (opłacona) drużyna konduktorska i jej szefowa, tzw. „Gruba”. Babka w granatowym, kolejowym mundurze z licznymi brodawkami na nosie. Jak się później okazało – przemiła i przepomocna, jednak na pierwszy rzut oka bardziej przypominająca damską obsługę Stutthof niż PKP – wielki, srebrny kasownik do biletów, który nosiła przy pasie, wydawał się być idealny jako narzędzie obozowych tortur.


A więc podróż do Warszawy mijała spokojnie i leniwie (choć na początku, za sprawa młodzieńczej wyobraźni – również czujnie…), na tzw „stendbaju”.
Wysiadka następowała na „Wschodniej” i stamtąd, piechotą (Tom liczył każdy grosik) na teren Giełdy. Moim zadaniem była ogólnie rozumiana pomoc. A więc: prowadziłem jeden z dwukołowych wózków w drodze na Giełdę, pilnowałem towaru gdy chłopaki załatwiali swoje sprawy, a w drodze powrotnej, ciągnąłem mozolnie swój wózek, załadowany na wysokość mojego czoła kartonami.

Na giełdzie moi pracodawcy dawali mi z reguły około dwóch godzin luzu, które wykorzystywałem na zakup oprogramowania na własną rękę, oraz zawieranie znajomości z mniejszymi handlarzami. Ale to było po kilku razach. Bo za pierwszym moim przyjazdem byłem oczywiście zagubiony.
Wiecie, Trójmiasto nie jest małe – nie miałem kompleksów. W Żaku i Kolejarzu bywało naprawdę dziesiątki ludzi, ale… na Grzybowskiej krążyło ich setki! Ta ilość wystawców i sprzęty przez Nich posiadane. PC-ty z kolorowymi monitorami, jak w jakichś „Grach Wojennych”.
Te piękne, kolorowe katalogi powycinane z zachodnich pism – nie tak jak u nas, z Bajtka, Komputera, ewentualnie powielacza, a rzadko z czegoś oryginalnie zagranicznego.

A tam cale sterty PRZEPIĘKNIE pachnących, zachodnich pism leżały na stołach. Wydrukowane (a nie nagryzmolone mazakami ja u nas) katalogi sprawiały cholernie profesjonalne wrażenie. Tak, to był inny świat. I tak czułem się na początku, smakowałem go, z lekka wyobcowany.

Pamiętam też pierwszy smak „szwedzkiego”, gumowego i ostro podlewanego musztardą hot-doga z bud na dworcu (takiego jak teraz możecie jeść w „IKEA-ch”), którego to sztuk raz Tom uznawał jako posiłek obiadowy dla swego pracownika. Czyli mnie.
Mijały tygodnie, woziliśmy z „Grzybowskiej” całe kontenery mikrokomputerowych dóbr – często „Gruba” dawała nam drugi przedział, w którym jechał tylko nasz towar, zabezpieczony tabliczką „Awaria przedziału”.Natomiast ja odnalazłem w sobie żyłkę nadmorskiego przemytnika (bo piratem był na ów czas każdy z nas): ponieważ poznałem już kilku mniejszych handlarzy softu, po piracku łupiłem piratów. Czyli kupowałem u Tuzów giełdy nowości, następnie, gubiąc często wysyłanych za mną szpiegów, przekazywałem dyskietki moim warszawskim przyjaciołom.

 

Następował proces kopiowania i późniejszy podział kosztów. W ten sposób z Warszawy wracałem z kilkunastoma dyskietkami nowszego i starszego softu, które to sprzedawałem w gdańskim Żaku i trójmiejskich sklepach z komputerami. Proceder ten ukrywałem przed moim hot-dogo-dawcą, aby nie zbudzić jego węża w kieszeni. Natomiast mój przemytniczy los pochłaniać zaczął coraz więcej giełdowego czasu i w pewnym momencie nie byłem już w stanie ciągnąć załadowanego kartonami joysticków wózka. Zacząłem więc jeździć do Warszawy na własny koszt, własnoręcznie już wkładając „Grubej” banknot do konduktorskiego pitera. Co tydzień sam kupowałem sobie gumowego hot-doga i plułem prażoną cebulą. Aż któregoś dnia Jerry, który zmienił Sebastiana Gorsa na największym, ST-kowym stoisku Giełdy zaproponował mi dość pokaźną zniżkę i wysyłkę dyskietek przesyłkami konduktorskim. I tak skończyła się moja przygoda z cotygodniowymi wyjazdami do Warszawy. Trwała około 3 lat.

Rok temu zorganizowałem reaktywację gdańskiej giełdy komputerowej pod nazwą „Giełda80/90”. Okazała się dość sporym sukcesem, co możecie zobaczyć w materiale nakręconym przez Kayę z N’N: https://youtu.be/G6N3KqhY_Qw . Sukcesem, bo dzięki niej dziesiątki ludzi miało okazję przypomnieć sobie ten giełdowy klimat lat 80. I spotkać dawnych znajomych.

 

Natomiast już za trzy tygodnie, 04.11.2017 będziemy mieli okazję uczestniczyć we współorganizowanej przeze mnie (wraz z Robertem Łapińskim) inscenizacji Giełdy „Bajtka”, na której to planujemy odtworzyć klimat legendarnej „Gzrybowskiej”. Bez Was się to nie uda, więc zapraszamy wszystkich. Ze sprzętem, lub bez. Ps. Czy na dworcu są jeszcze budy z gumowymi hot-dogami?
Więcej informacji na temat wydarzenia: www.powrotzprzyszlosci.pl

 

By | 2017-10-15T00:51:07+00:00 Październik 15th, 2017|Mikrokomputery, Wspomnienia, wyróznione|0 Comments

About the Author:

bachoo
Sebastian "Bachoo" Stecewicz - pomysłodawca i założyciel projektu "Save the Floppy". Kolekcjoner sprzętu komputerowego retro. Jego pierwszy komputer to ZX Spectrum +, zakupiony w latach 80. Mieszkaniec Sopotu, zakochany w swoim mieście. Bywalec giełd komputerowych. Sponsor eventów retro.