Portal Save the Floppy ma zaszczyt przedstawić Państwu akcję pod tytułem: „Edukacja nie z tej ziemi, czyli chcemy powrotu Tadeusza Kwinty na antenę Telewizji Polskiej”. Cel naszej inicjatywy jest jasny: chcemy lepszych programów edukacyjnych w polskiej telewizji, a nie tylko i wyłącznie komercyjnych „superprodukcji”. Jeżeli w latach 80-tych dało się robić wartościowe programy, jak „Przybysze z Matplanety”, czy „Po prostu Muzyka”, to czemu nie wrócić do takich wzorców? Tak, efekty specjalne byłyby lepsze i tak, byłyby nowe pomysły, ale…może udałoby się tchnąć trochę zapomnianej już magii? Wciąż kultowy dla wielu Tadeusz Kwinta jest gotów na podjęcie się takiej misji. Przeczytajcie, co ma do powiedzenia!

Kojarzycie Sigmę i Pi? A może pamiętacie „Dużego” i Małego”, gdzie ten ostatni… skakał po pianinie? Mówią Wam coś nazwy „Przybysze z Matplanety” i „Po prostu muzyka”? Jesteśmy pewni, że wielu czytelników kiwa teraz głowami i przytakuje znad komputera. Przedstawiamy wywiad z Tadeuszem Kwintą, bardzo znaną postacią z telewizji lat 80-tych. Że niby prehistoria? Nic bardziej mylnego! Kto wie, być może już niedługo czeka nas powtórka z rozrywki. Zapraszamy do lektury.

I do włączenia się w akcję: Edukacja nie z tej ziemi, czyli chcemy powrotu Pana T.Kwinty na antenę TVP

Piotr Olejarczyk, portal Save the Floppy: W latach 80. w polskiej telewizji tworzył Pan programy muzyczne i matematyczne dla dzieci, które do dziś są wspominane przez wiele osób. „Po prostu muzyka” , czy „Przybysze z Matplanety” stawiały na ciekawe efekty specjalne: na ekranie widzieliśmy jednocześnie Pana dużą i małą wersję, widzieliśmy wnętrze statku kosmicznego i kultowe postaci Sigma i Pi. W jednym z wywiadów z Panem czytałem, że w tamtych latach produkcja jednego odcinka zajmowała Państwu nawet kilka dni. Nie było łatwo tworzyć takie efekty, prawda?

Tadeusz Kwinta, aktor teatralny i filmowy, w latach 80. popularność przyniosły mu także telewizyjne programy edukacyjne dla dzieci: W tamtych czasach nie było komputerów, nie było takich możliwości technicznych jak obecnie. Robiliśmy to wszystko w Blu-boxie (używana w telewizji technika obróbki obrazu, polegająca na zamianie tła o na przykład niebieskiego na dowolny obraz – przyp. red.), to była szalenie żmudna praca. Dla nas wyglądało to tak: puste studio, wymalowany niebieski horyzont, niebieska podłoga.  Trzeba było się poruszać w świecie, który człowiek sobie wyobrażał. Do tego obraz w monitorze nie jest przecież taki jak obraz w lustrze. Człowiek podnosi jedną rękę, a na monitorze widzi, że podnosi się druga ręka.  Trzeba było się nauczyć poruszać nie jako „ja”, a jako ta postać. To było takie rozdwojenie wyobraźni, trochę taka zabawa w awatara. Człowiek poruszał się postacią, którą widział w monitorze.  Dużo radości, ale też żmudna praca.

Jak to się stało, że zaczął Pan nagrywać w telewizji takie produkcje?

Moje programy muzyczne, w sumie było ich dwadzieścia, były konsekwencją tego co robiliśmy w krakowskiej telewizji razem z Jurkiem Boduchem. Mieliśmy już za sobą całą serię programów trickowych, kiedy telewizja była jeszcze czarno-biała. Ja się malowałem na biało jako postać, nawet twarz i włosy miałem białe. Wszystko po to, by w czerni można mnie było wpisać w obrazki, które rysował Jurek Boduch. To była wspaniała przygoda,  we dwóch wykonywaliśmy pracę dla sześciu osób. Jurek realizował, robił scenografie i światło, ja pisałem scenariusze, reżyserowałem i grałem. Takich programów powstało kilkadziesiąt w Krakowie…

A później przyszły propozycję kręcenia produkcji typu „Po prostu muzyka” i „Przybysze z Matplanety”?

Tak. Kiedy po koniec lat 70. przeniosłem się do Warszawy do Teatru Komedia, dostałem ciekawą propozycję. Ona była wynikiem tego, co robiłem wcześniej w Krakowie.  Redakcja telewizji w Warszawie chciała robić cykl programów muzycznych dla szkół. Byłem na tak, ale uważałem, że nie ma czegoś gorszego niż lekcje w telewizji, na zasadzie stoi pan z pałeczką i wykłada temat. Mówiłem wprost: To jest bzdura, na takie rzeczy to ja się nie piszę. Napisałem coś w rodzaju manifestu…

Manifestu?

To był taki list do telewizji. Napisałem w nim, że nowy program ma być widowiskiem, a nie lekcją. Napisałem też, że zgodzę się, jeżeli w programie będę mógł przekazać treści poprzez zabawę. Co ważne, zależało mi również, by główną postacią w programie była postać niegrzeczna, niepokorna, zbuntowana. Wie Pan, na podwórku ci najmniej grzeczni są często najfajniejsi. Miałem jeszcze jeden warunek:  mimo że jestem w Warszawie, nowy program muzyczny będę realizował w Krakowie. Dlaczego w Krakowie? Tam byłem zaprzyjaźniony z ekipą i obeznany z całą techniką krakowskiej telewizji.

Telewizja od razu zaakceptowała Pana warunki?

Otrzymałem bardzo szybko odpowiedź, że ok, że zgadzają się, żebym napisał pierwszy scenariusz, tak jak to sobie wyobrażam. Tak się zaczęła przygoda z programami muzycznymi. Nie miałem wykształcenia muzycznego, dostawałem w kilku punktach tematy, które mają być poruszone w programie. Rzucałem się na książki, chłonąłem wszystko. Miałem też tę wygodę, że w Teatrze Komedia była orkiestra. Znałem tam kolegów muzyków i wypytywałem ich o wszystkie ciekawostki, o rzeczy, których nie rozumiem. Nie było przecież googla i nie można było samemu sprawdzić pewnych rzeczy.

Przenieśmy się o kilka lat do przodu. „Przybysze z Matplanety” – jakie jest Pana pierwsze skojarzenie?

Program matematyczny, konsekwencja moich programów muzycznych. Stworzenie „Matplanety” zaproponowała mi Ewa Urbańska z telewizji. Szybko się okazało, że mamy podobne punkty widzenia, jak taki edukacyjny program powinien wyglądać. Chodziło o to, by dzieci prowadzić tutaj poprzez przygodę i wciągnąć do programu, który na pierwszy rzut oka nie jest edukacyjny, ale jednak niesie za sobą określone, matematyczne treści.

Był Pan dobry z matematyki?

Matematyka zawsze mnie interesowała, nawet należałem do kółka matematycznego. Należałem w sumie do wielu kółek, interesowała mnie astronomia, malarstwo, nie mówiąc o teatrze.

Jak wyglądało tworzenie „Przybyszów z Matplanety”?

Już wtedy miałem myślenie telewizyjne, myślenie poprzez ekran. Widziałem, że ten program ma potencjał, miałem szereg swoich uwag i propozycji. Zostały przyjęte przez autorkę i zaczęliśmy pracę. Trzeba było wymyślić, jak będą wyglądały te postaci. Sigma i Pi to pojęcia abstrakcyjne nieposiadające formy materialnej, więc jeżeli chcą sprawdzić, czy na Ziemi istnieje matematyka i obowiązują jej prawa, najpierw muszą sprawdzić jak wyglądają ziemianie.

I jak Pan wymyślił Sigmę i Pi?

Chciałem, by miały postać zbliżoną do ludzi. Ale jak dokładnie miały wyglądać? Wpadłem na pomysł, że muszą mieć coś z kosmity, być podobne do człowieka, i przypominać nieco nurka. Jakoś to wszystko skojarzyło mi się z postacią z reklamy opon Michelin.

 

635694623843146971

Rzeczywiście, Sigma i Pi mają coś z postaci od Michelina…

Te postacie są zbliżone. Zaproponowałem, by były pękate, i miały skafander, a na głowie miały antenki, które będą się obracały. Z tymi antenkami były tak, że obracały się, ale przez jakieś dwa-trzy odcinki. Później przestały, bo mechanizmy nam wysiadły. Uznaliśmy jednak, że w programie dzieje się tyle innych, ważnych rzeczy, że te antenki mogą być nieruchome.

Jak Państwo robili tak dobre wówczas efekty specjalne?

Nie było łatwo. Jeden odcinek powstawał kilka dni. Taki przykład: kiedyś wymyśliłem, żeby na ekranie pokazać pewien wykres działania. Chciałem, żeby w programie było widać, jak rośnie krzywa. Okazało się, że ówcześni technicy potrzebowali paru dni, by stworzyć taki program. Rosnąca kreska na monitorze i taka trudność. Śmiesznie to dzisiaj brzmi.

Jak dużo ludzi pracowało przy programie „Przybysze z Matplanety”?

Jurek Boduch i ja tworzyliśmy to co najważniejsze. Współpracowaliśmy z całym działem elektronicznym. Lubiłem tam chodzić. Wypytywałem o nowinki. Coś co było jeszcze niesprawdzone, coś co mogło być błędem, brałem jako efekt specjalny. Chciałem to wszystko wykorzystać do scenariusza.

Czy w czasie produkcji programów muzycznych i matematycznych wszystko było z góry ustalone od A do Z? Czy też było miejsce na improwizację na planie?

Oj nie. Przy tak precyzyjnych trikach ani w programie muzycznym, ani matematycznym nie było można sobie pozwolić na dowolność. Margines dla improwizacji był minimalny. W programie muzycznym, gdzie byłem sam i grałem dwie postaci (a czasem nawet było ich kilkanaście), to wszystko musiało być szalenie precyzyjne i ustalone wcześniej. Weźmy taki przykład: dialog dwóch postaci „Małego” i „Dużego”. Tam były nagrywane najpierw odpowiedzi, a potem wgrywane pytania. Grając postać drugą, trzeba było wiedzieć świetnie, jakie gesty wykona ten pierwszy. To nie było łatwe i mocno ograniczało pole do jakiejkolwiek improwizacji.

W „Przybyszach z Matplanety” było chyba podobnie?

Nie było to aż tak skomplikowane przy Sigma i Pi. Tam nas było dwoje, Daga Bilińska grała mojego partnera Pi. Tam też nie mogliśmy sobie pozwolić na improwizację, bo musieliśmy doprowadzić do konkretnych efektów, które maja służyć matematyce.

Kiedy tworzył Pan programy muzyczne i matematyczne dla telewizji, miał Pan świadomość, że efekty specjalne w tych programach są takie jak należy? Czy czuł Pan niedosyt?

W pracy artystycznej, jeżeli się uzna, że coś już jest absolutnie doskonałe, to jest się skończonym. Po jakimś czasie zawsze dostrzega się szereg spraw, które można było zrobić lepiej. Mam jednak satysfakcję, że za programy muzyczne dostaliśmy Złoty Ekran, a później Srebrnego Światowida za efekty specjalne. Na festiwalu zostaliśmy pobici tylko przez Sondę, popularno-naukowy program dla dorosłych. Te efekty specjalne w programach muzycznych, a potem w programie matematycznym… Wydaję mi się, że jak ówczesne możliwości były to bardzo dobre efekty.

Jak w latach 80. wyglądała praca w polskiej telewizji? Pracowali Państwo pod presją czasu, goniły Was terminy, to była stresująca robota?

Była stresująca, ale nie tak jak dzisiaj. Znając programy w Krakowie, widziałem jak tam wygląda praca. W Warszawie, biorąc udział w rożnych programach, dostrzegałem, że już wtedy zaczyna się ta pogoń za czasem. Chodziło o to, by zrobić program jak najszybciej i często jak najtaniej. To mi nie odpowiadało. Tutaj myśmy żyli naszymi projektami. Wszyscy byliśmy zaangażowani, nie  myśleliśmy o pieniądzach…

Dostawał Pan dobre pieniądze za tworzenie tych programów?

Niech Pan mi wierzy, pieniądze były nikłe. Nie chodziło o pieniądze, a o fajną robotę. To były programy, jakich wcześniej w polskiej telewizji nie było.

Ogląda Pan jeszcze czasami „Przybyszów z Matplanety”?

Nie ma już tych programów w polskiej telewizji.  Jeżeli ktoś tam na lewo potajemnie sobie kiedyś ponagrywał, to pewnie ma to gdzieś na kasetach. Ja też to mam gdzieś na magnetowidzie. Rzadko do tego wracam.

Ma Pan jakiś ulubiony odcinek „Przybyszów z Matplanety”? Któryś z 10. odcinków szczególnie zapadł Panu w pamięć?

Gdybym miał wspominać, to pewnie w pamięć zapadły mi najbardziej dwa ostatnie odcinki „Matplanety”, o Królestwie Zielonego Groszka. Śmieszna historia, bo tutaj zadziałała cenzura…

Cenzura?

Śmieszna sprawa. Akurat tak sobie wymyśliła pani Ewa Urbańska, że akcja dwóch odcinków przenosiła się do Królestwa Tyrana Zielonego Groszka. A że był to kolor zielony, na dodatek Groszek nosił okulary, to cenzorom skojarzyło się, że jest to przeciwko generałowi Jaruzelskiemu…

Coś niesamowitego…

Po kolaudacji zrobiła się straszna afera. Zabroniono emisji, grożono. Po jakiś tłumaczeniach, po interwencjach, po iluś tam miesiącach, przy pewnych, wymuszonych zmianach, te odcinki wyemitowano.

Miał Pan z tego tytułu jakieś kłopoty?

Kłopoty werbalne, że tak powiem. Nie odbiło się to jednak na mojej działalności.

W tamtych latach rozpoznawano Pana na ulicy? Traktowano jak celebrytę? Proszono o autografy?

Najśmieszniejsze jest to, że z biegiem lat coraz więcej osób mnie rozpoznawało. Kiedy pojawiły się pierwsze programy  muzyczne, szły w niekorzystnych godzinach, wtedy kiedy dzieci były w szkołach. Po jakimś czasie zaczęto pokazywać te programy w innym czasie, w niedzielę. Zrobiła się większa widownia, no i rzeczywiście z biegiem lat zyskiwałem na popularności. Miałem szereg przygód zarówno w kraju, jak i zagranicą. Ludzie rozpoznawali mój głos i moją charakterystyczną wielką czuprynę. Zaczepiano mnie na ulicy…

TadeuszKwinta_byVetulani

Z prośbą o autograf, czy były jakieś inne, mniej typowe prośby?

Zazwyczaj były to autografy, albo pokazywanie palcem dziecku: „ O to jest ten pan, który skacze po fortepianie!”. Raz w Londynie zaczepia mnie w restauracji kelnerka i mówi, że jej tutaj nie wolno mówić po polsku, ale że ona wspomina moje programy, i że musi mi to powiedzieć. Inna historia: moja wnuczka poszła do szkoły muzycznej i kiedyś byłem tam na jednym z koncertów. Nauczycielka zapytała moją wnuczkę, czy wie, kim ja jestem. „No jak to kto? To mój dziadek” – odpowiedziała wnuczka.  Pani się rozpromieniła. „To ja przez Twojego dziadka jestem tu gdzie jestem, przez niego poszłam do szkoły muzycznej”.

Świetne historie…

Innego razu żołnierz mi salutuje i mówi, że jak był malutki, to razem z rodzicami oglądał moje programy. Jestem jednym z założycieli Piwnicy pod Baranami, gram dalej, mamy tam znakomitego muzyka, który gra na basie. I kiedyś on mi się zwierza, że to ja jestem powodem, dla którego poszedł do szkoły muzycznej.

Wiem, że to trochę oklepane pytanie, ale muszę je zadać. Co Pan czuje w takich sytuacjach?

Przyznam, że dla mnie było to kiedyś kłopotliwe. Wie Pan, że twarz rozpoznawalna, że nie można uciec od bycia twarzą publiczną. Ale to sympatyczne, że wciąż jest tylu ludzi, którzy wspominają tamte programy. Przecież te programy już nie idą w telewizji, no i patrząc na nasze triki teraz, to przecież to są absolutne powijaki efektów specjalnych. Mimo tego wciąż wielu ludzi pamięta te programy, to miłe dla mnie.

Śledzi Pan obecne programy edukacyjne?

Nie śledzę na bieżąco. Był czas kiedy oglądałem, i to z pewnym żalem. Jak zmieniła się Polska, jak zmienił się ustrój, weszła nowa ekipa, która uważała, że prawdziwa sztuka i prawdziwa telewizja zaczyna się od nich. A to co wcześniej, to jest nieważne. Mimo że składałem później do telewizji  moje propozycje na kontynuacje programów naukowych, nic nie zostało z tego podjęte.  A to co oglądałem później w telewizji… wydaję mi się, że idzie to w żałosnym kierunku. W stronę tej pogoni: robimy jak najwięcej i jak najtaniej. Programy edukacyjne zamieniły się w quiz. Tak nie powinno to wyglądać.

hqdefault (1)

Gdyby Pan dostał teraz możliwość zrobienia programu w telewizji, zgodziłby się Pan?

Tak. Gdyby wydarzyła się powtórka z historii, znowu siadłbym do paru pomysłów. Wiem, jak teraz o wiele łatwiej wchodzić w każdy świat. Nie ma takiej rzeczy, której by się nie dało stworzyć na ekranie telewizora przy pomocy elektroniki i komputerów.

Zdradzi Pan czytelnikom portalu SavetheFloppy kilka pomysłów na taki program edukacyjny?

Gdziekolwiek nie sięgnąć, mamy kopalnię możliwości. Weźmy na przykład poezję, jak łatwo teraz można ją pokazać, od narodzin do współczesności. Od pierwszych wydawanych dźwięków przy ognisku, od tam tamów i dalej pokazać, jak rodziło się poczucie rytmu, jak rodziła się potrzeba wyrażania pewnych emocji. Przez wieki można przejść do literatury współczesnej. Ważne, by nie robić tego na zasadzie wykładu. To musi być potraktowane jak przygoda.

Tęskni Pan za programami muzycznymi i „Przybyszami z Matplanety”?

Szczerze tak. Czasem sobie myślę, że jeszcze można było zrobić bardzo dużo. Wciąż jestem czynny, interesuje mnie w tym zawodzie wszystko, gram w teatrach w całej Polsce. Mam dwa monogramy, z którymi pojawiam się w Polsce i zagranicą. Jestem wciąż aktywny, choć to przecież emerytura. Mam zapełniony kalendarz, ale wydaję mi się, że jeszcze znalazłoby się miejsce, gdyby pojawiły się ciekawe propozycje.

Tego Panu życzę. Dziękuję za rozmowę.